Gminne zawody w drużynowym tenisie stołowym XI 2017

Gminne zawody w drużynowym tenisie stołowym XI 2017

Dziś na hali w Stróżach odbyły się gminne zawody w drużynowym tenisie stołowym dziewcząt i chłopców. Z naszego gimnazjum do zawodów przystąpiło 2 drużyny dziewczyn oraz 2 drużyny chłopców.

W kategorii dziewczyn:
– Ania Mędoń i Zuzia Mędoń zajęły II miejsce (kwalifikując się na dalszy etap)
– Małgorzata Hotloś i Klaudia Kogut zajęły III miejsce

W kategorii  chłopców:
– Kacper Jeleń i Patryk Nalepa zajęli I miejsce pokonując wszystkich przeciwników.

Wszystkim z całego serca gratulujemy! Zwycięzcą życzymy powodzenia na dalszym etapie.

~~Anna Mędoń

 

Odblaskowa szkoła w Siołkowej

Odblaskowa szkoła w Siołkowej

Dnia 26 października 2017 r. w Szkole Podstawowej im. T. Kościuszki w Siołkowej nastapiło uroczyste podsumowanie konkursu Małopolskiego Kuratora Oświaty i Komendy Wojewódzkiej Policji w Krakowie pt. „Odblaskowa Szkoła”. 

W naszej placówce, w ramach tegorocznej VIII edycji konkursu, odbyło się wiele inicjatyw majacych na celu uwrażliwienie uczniów szkoły podstawowej na dbanie o swoje bezpieczeństwo zwłaszcza w drodze do i ze szkoły, ograniczanie zagrożenia w ruchu drogowym, zwłaszcza poprzez noszenie elementów odblaskowych. W projekt zangażowani byli wszyscy uczniowie oraz nauczyciele.

W naszej szkole gościliśmy już po raz kolejny Panią Barbarę Przychocką-Serafin – sierżant sztabowy z Wydziału Prewencji Komendy Miejskiej Policji w Nowym Sączu oraz Pana policjanta z Posterunku Policji w Grybowie.

Na początku wszystkim dzieciom zostały wręczone odblaskowe opaski. Następnie uczniowie z klasy III wraz ze swoją wychowawczynią Panią Magdaleną Liszka zaprezentowali wymowną scenkę pt. „Noś odblaski, świeć przykładem”. Zaś uczniowie z klasy VI i VII przedstawili taneczną wersję rewii „Odblaskowej mody”. Całe widowisko zostało nagrodzone gromkimi brawami.

Następnie nastąpiło uroczyste wręczenie nagród w organizowanych wcześniej konkursach. Po burzliwych obradach Komisje wyłoniły następujących zwycięzców:

Konkurs Wiedzy o Bezpieczeństwie w Ruchu Drogowym:
1 m-ce Konrad Święs kl. VI
2 m-ce Piotr Matusik kl. VII
3 m-ce Mateusz Baran kl. VI
Konkurs literacki „Odblaskowy wierszyk”:
1 m-ce Mateusz Mikulski kl. VI oraz Julia Fyda kl. IV
2 m-ce Weronika Klocek kl. VI oraz Kacper Nowak kl. IV
3 m-ce Agnieszka Radzik kl. IV oraz Wojciech Świgut kl. IV
Konkurs plastyczny „Jestem widoczny na drodze”:
1 m-ce Klaudia Baran kl. II oraz Aleksandra Baran kl. IV
2 m-ce Karol Wojciechowski kl. IV
3 m-ce Jonasz Niepsuj kl. VI                     

 Konkurs na makietę „Bezpieczeństwo w ruchu drogowym”
Zwyciężczyni – Magdalena Jezierska kl. V

Po wręczeniu nagród policjantka, pani Barbara Przychocka-Serafin, wygłosiła prelekcję dla przedszkolaków i młodszych dzieci oraz tych starszych z klas IV-VII. W bardzo ciekawy i przystępny sposób poruszyła tematy nie tylko związane z bezpieczeństwem na drodze, koniecznością noszenia odblasków, ale także właściwego reagowania dzieci w zetknięciu z  obcymi ludźmi.

Na końcu pan policjant zaprezentował dzieciom swój samochód policyjny, co wzbudziło ogromne zaciekawienie i zachwyt.

Wszystkim nagrodzonym, uczestnikom, dyrekcji szkoły, nauczycielom zwłaszcza pani pedagog Marcie Fyda, zaproszonym gościom z KMP w Nowym Sączu i KP w Grybowie dziękujemy za włożony wysiłek i wkład pracy oraz zaangażowanie w promowanie bezpieczeństwa naszych dzieci.

                          Tekst: Stanisław Migacz
                          Foto. Michał Bergański


„Jezusa ukrytego mam w sakramencie czcić” – jubileusz 55 lat kapłaństwa księdza Jana Grybosia

„Jezusa ukrytego mam w sakramencie czcić” – jubileusz 55 lat kapłaństwa księdza Jana Grybosia

5 października 2017 roku w święto św. Faustyny Kowalskiej obchodziliśmy jubileusz 55 lat kapłaństwa księdza Jana Grybosia.

Uroczystość rozpoczęła się o godzinie 15:00 w kaplicy na Zagórzu koronką do Bożego Miłosierdzia, a następnie została odprawiona Msza Święta, której przewodniczył ksiądz jubilat Jan Gryboś (w koncelebrze księża: Janusz Mąka, Janusz Szpilowski, Jan Góra, Paweł Stec). Swoim pięknym śpiewem i muzyką eucharystię uświetnił nauczycielski chór Gaude.

Po Mszy Świętej zaproszenie gości udali się do ZSP w Siołkowej ( zobacz galerię ).

Księdzu Janowi dziękujemy za wszystko co dla nas czyni oraz życzymy dużo zdrowia i błogosławieństwa Bożego.

Zachęcamy do przeczytania życiorysu Księdza Jubilata i obejrzenia galerii zdjęć z uroczystości ( poniżej ).

Moi Rodzice: Maria córka Szczepana Radzika i Barbary (z d. Obrzut ur. 1906 r, zm. 1965) oraz Jan Gryboś, ur. 1896 zm. 1966). Mój ojciec Jan, jako wdowiec po zmarłej Katarzynie Obrzut ożenił się z Marią Radzik w 1930 roku. Z pierwszego małżeństwa dołączył swojego syna +Edwarda urodzonego 1926. Z drugą żoną Marią miał dziesięcioro potomstwa, z którego ja, jestem piątym dzieckiem, urodzonym 28 listopada 1937 roku w Siołkowej, parafia Grybów. Moje starsze rodzeństwo to: +Józef, +Adam, Maria, +Stanisław. Po mnie urodziło się jeszcze pięcioro rodzeństwa: Władysława, Waleria, Aniela, Antoni i Anna. Tato w 1920 roku dowodząc 9-cio osobową drużyną żołnierzy rozgromił pod Staszowem 10-cio osobową grupę bolszewickich Kozaków. Za odwagę otrzymał Krzyż Zasługi od Józefa Piłsudskiego i dworek na Podolu Wołyńskim. Do dworku nigdy się nie wprowadził, ponieważ na wrotach stodoły dworskiej widniał, namalowany czerwoną farbą napis: „Z tobą też tak zrobimy”. Dobrze że tata tam nie osiadł.

W moim domu dominowała atmosfera religijna, wspólna modlitwa, śpiewy litanii do Matki Bożej w miesiącu maju oraz odmawianie różańca w październiku, coniedzielne uczestnictwo we Mszy Świętej, częsta spowiedź i komunia święta, powstrzymywanie się od kłamstwa, brudnego słowa, nieuczciwości itp.

Ponieważ żyliśmy w ciężkich warunkach, czasach trudnych i surowych, chętnie szliśmy do sąsiadów pomagać w pracach, za co otrzymywaliśmy kawałek chleba, którym dzieliliśmy się z rodzeństwem.

Do kościoła, dzisiejszej Bazyliki Mniejszej w Grybowie, mimo niesprzyjających warunków, zazwyczaj boso, pokonywaliśmy czterokilometrową odległość. Czasem czekaliśmy na starsze rodzeństwo, które wracając z wcześniejszej mszy przekazywało nam swoje obuwie. Dopiero przy wejściu do centrum miasta zakładaliśmy to obuwie mając z tego ogromną radość. Również do szkoły podstawowej w Siołkowej, jak tylko śnieg stopniał, chodziliśmy boso.

W szkole podstawowej mieliśmy wspaniałe autorytety nauczycielskie, np. Jadwigę Kosińską (+1958), która w miesiącu maju pomagała w urządzaniu i dekoracji w klasie kapliczki z figurką Matki Bożej. Pod jej opieką modliliśmy się odmawiając litania i śpiewając pieśni maryjne. W czerwcu modliliśmy się ku czci Serca Jezusowego. Wspaniałą postacią z tamtych czasów był kierownik szkoły Antoni Fyda, który prowadził nas od budynku szkoły podstawowej w Siołkowej do kościoła w Grybowie na Msze Świętą. Pani Dawerio, która przeżyła zesłanie na Syberię, uczyła nas geografii.

Niezapomnianymi przywódcami duchowymi w tamtych czasach byli księża: ks. Jan Rec, Ks. Władysław Oleksiak, Ks. Jan Michnik, Ks. Filipczyk, ks. Poręba (prefekt szkoły), Ks. Józef Stal, ks. Władysław Puzon, a nade wszystko ks. Prałat Jan Solak – proboszcz parafii Grybów.

Mając tak niecodzienne autorytety świeckie oraz księży, których obserwowałem podczas celebrowania sakramentów świętych, rodziła się we mnie myśl, by odpowiedzieć na głos Chrystusa: Pójdź za mną.

Ulubionym pismem rodziców w tamtych czasach, skierowanym do rodzin katolickich były: Gość Niedzielny, Rycerz Niepokalanej, Posłaniec Serca Jezusowego, Przewodnik Katolicki.

Liceum Ogólnokształcące w Grybowie ukończyłem w 1956 roku. W tym czasie spotkałem wspaniałych nauczycieli: Stanisławę Pałkę oraz jej męża Jana, który był dyrektorem liceum. Czuliśmy u niego prawość charakteru, patriotyzm, pobożność, pomimo, że były to czasy niesprzyjające religii. Oboje przekazywali nam te wartości.

W 1956 roku, po zdaniu matury złożyłem dokumenty w Wyższym Seminarium Duchownym w Tarnowie, w którym dokonywała się moja formacja intelektualno-duchowa, wraz z 29 alumnami od 1 do 6 roku studiów. Święcenia kapłańskie otrzymałem 24 czerwca 1962 roku w Katedrze Tarnowskiej z rąk nowomianowanego ordynariusza tarnowskiego ks. biskupa dr Jerzego Ablewicza, który objął zarządzanie diecezją po śmierci ks. Biskupa Jana Stepy.

Dzień, w którym otrzymałem Święcenia Kapłańskie to była niedziela i równocześnie uroczystość Św. Jana Chrzciciela – On patronował mi przez całe życie kapłańskie. Opieka ta była bardzo potrzebna, gdyż wielokrotnie zmagałem się z wielkimi przeciwnościami.

Pierwsza placówka duszpasterska, do której zostałem posłany przez Ks. Biskupa, to parafia Dębno koło Brzeska. Wspaniały ks. proboszcz Stanisław Mach, były wikariusz Katedry Tarnowskiej. Wspaniali ludzie, oddani Chrystusowi i szanujący kapłanów. Pracowałem też w Pilźnie, Jodłowej, Gorlicach. Tu jako wikariusz i kapelan szpitala, na przestrzeni 10 lat, pomimo represji ze strony reżimu komunistycznego pełniłem posługę kapłańską najpierw w starym szpitalu. Po dużych trudnościach udało się uzyskać miejsce na nową kaplicę również w nowym szpitalu. Tam dzięki finansowemu wsparciu ks. Prałata Bronisława Ryby, proboszcza z Bazyliki Narodzenia NMP w Gorlicach, została urządzona i poświęcona przez ks. Biskupa Piotra Bednarczyka kaplica szpitalna. Pomimo tego, że znajduje się w podziemiach, jest jedną z największych kaplic szpitalnych. Na przygotowanie i urządzenie kaplicy nie otrzymaliśmy ani jednej złotówki ze strony władz świeckich. Do dnia dzisiejszego kaplica ta jest używana na sprawowanie Mszy Św. dla pacjentów.

W czasie dokonania zabójstwa na ks. Jerzym Popiełuszko – obecnie błogosławionym, Urząd Bezpieczeństwa dokonał na mnie, jako kapelana szpitala, nagonki, z powodu mojej walki o życie nienarodzone w łonie matki (żony funkcjonariusza UB). Musiałem złożyć rezygnację z pracy na stanowisku kapelana w szpitalu gorlickim. Również pielęgniarki współpracujące ze mną zostały przeniesione do pracy w innych miejscach, niż szpital. Po podpisaniu rezygnacji musiałem opuścić mieszkanie szpitalne, gdyż tego domagał się UB. Zamieszkałem u ks. Prałata Bronisława Ryby, który na specjalną prelekcję na Mszach Św. w obronie życia poczętego zaprosił dr inż. Antoniego Ziębę.

Po tych wydarzeniach ks. Biskup Jerzy Ablewicz posłał mnie do Góry Motycznej, gdzie jako proboszcz pasterzowałem 5 lat. Parafia niełatwa. W tym czasie udało się wymalować na nowo kościół, dokonał tego artysta Marek Niedojadła z Tarnowa (osiedle Jana Pawła II). Dokonaliśmy również częściowego witrażowania kościoła. Z pracy w parafii odszedłem, ze względu na konflikt spowodowany przez kościelnego – alkoholika, który zataczał się pełniąc posługę przy ołtarzu. Gdy został zwolniony, grupa jego towarzyszy zażądała jego przywrócenia i mojego odejścia. Nie chcąc eskalowania konfliktu, zrezygnowałem z funkcji proboszcza ku ich wielkiemu zaskoczeniu. Oprócz konfliktu, powodem mojej rezygnacji były również problemy zdrowotne (kłopoty z sercem). Półtora roku poświęciłam na swoje leczenie.

W 1992 roku zostałem skierowany jako proboszcz do pracy duszpasterskiej w Ostrowie koło Dębicy, Poprzednik, ks. Wiesław Krzyżanowski przeszedł na probostwo w Bolesławiu. Również była to trudna parafia, trudne warunki, dużo pracy. Samotnie zmagałem się z utrzymaniem tego, co zastałem w zakresie spraw materialnych. Szczególny nacisk położyłem na rozwój życia religijnego w parafii. W 2005 roku poprosiłem ks. Biskupa ordynariusza Wiktora Skworca o przeniesienie na emeryturę. Rok później, po 14 latach pracy w Ostrowie, w wieku 69 lat przeszedłem na emeryturę. Po przejściu na emeryturę zamieszkałem w rodzinnym domu w Siołkowej.

Na prośbę księdza proboszcza Eugeniusza Szymczaka z parafii Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Krynicy – Czarny Potok od 2009 do 2016 roku pomagałem w jego parafii jako pomoc duszpasterska (m.in. penitencjarz).

Obecnie z powrotem przebywam w domu rodzinnym w Siołkowej, odnajdując się we wspaniałej atmosferze panującej wśród zacnych kapłanów parafii Grybów z ks. Prałatem Ryszardem Sorotą na czele. Gdy byłem na II roku Seminarium Duchowego w Tarnowie, do zgromadzenia sióstr Felicjanek w Krakowie zgłosiła się moja siostra Władysława. Przybrała zakonne imię Weronika. Śluby wieczyste złożyła w 1959 roku.

Do zgromadzenia Sióstr Dominikanek zgłosiła się siostra Waleria gdy byłem na III roku studiów. Przybrała imię zakonne Lucyna. Śluby wieczyste złożyła w 1962 roku, w tym samym roku, w którym ja przyjąłem święcenia kapłańskie.

Również do Zgromadzenia Sióstr Dominikanek, w 1964 r zgłosiła się moja siostra Aniela przybierając imię zakonne Margaritta. Śluby wieczyste złożyła w 1966 roku.

W 2012 roku obchodziłem jubileusz 50-cio lecia kapłaństwa. Wraz ze mną taki sam Jubileusz obchodziła siostra Waleria – Lucyna. Siostra Władysława – Weronika miała wówczas 54 lata ślubów wieczystych a Siostra Aniela – Margaritta obchodziła 47 lat ślubów wieczystych. Uroczystościom Jubileuszowym w Bazylice Mniejszej w Grybowie przewodniczył ks. biskup Władysław Bobowski.

Chwała i dziękczynienie Bogu Ojcu i Synowi i Duchowi Świętemu oraz Matce Bożej, za wszelkie dobro życia i proszę o dalszą opiekę.

Ks. Jan Gryboś

 

Ks. Jan jako pielgrzym:

  1. 2 x w Watykanie – spotkanie z bł. Pawłem VI i św. Janem Pawłem II
  2. 2 x w USA
  3. 1 x w Canadzie
  4. 1 x Lourdes, Fatimie, Ziemia Święta.

W swoich planach chce powrócić i jeszcze raz odwiedzić Fatimę i Lourdes. Pasją ks. Jana jest spacerowanie po szlakach górskich, odwiedzanie kapłanów i przyjaciół. Zawsze pogodny, uśmiechnięty, dusza towarzystwa.

Życiorys napisali państwo Małgorzata i Piotr Chronowscy z Ptaszkowej

Serdecznie dziękujemy także księdzu Januszowi Szpilowskiemu, Pani dyrektor Jolancie Dróżdż, Sołtysowi Antoniemu Obrzutowi, Panu Wójtowi Piotrowi Krokowi wraz z Radnymi Gminy Grybów, Chórowi Gaude oraz wszystkim tym, którzy dołożyli starań by ten jubileusz się odbył.

Szczególne podziękowania dla Państwa Małgorzaty i Piotra Chronowskich z Ptaszkowej za udostępnione materiały.


Dożynki Gminne w Gródku – 2017

Dożynki Gminne w Gródku – 2017

Tegoroczne Dożynki Gminy Grybów odbyły się w Gródku. Msza Święta została odprawiona pod przewodnictwem księdza dziekana Bolesława Bukowca w asyście księdza proboszcza, księdza Pawła Steca (misjonarza z Peru) oraz księdza Piotra Cichonia (duszpasterza młodzieży). Po Mszy Świętej przy domu kultury odbyła się prezentacja 11 zespołów dożynkowych. Na zaproszenie gospodarza dożynek – wójta Piotra Kroka przybył wiceminister finansów RP Wiesław Janczyk. Na dożynkach obecni byli również radni powiatowi, senator Kogut, radni gminy Grybów i sołtysowie.

Nasz zespół dożynkowy jako jedyny przybył na furmankach (3 furmanki konne).
W tym roku nasz orszak poprzedzał konny oddział eskorty honorowej.

Serdecznie dziękujemy wszystkim zaangażowanym, gospodarzom, zespołom dożynkowym, furmanom, kapeli (szczególnie gospodarzowi DK w Siołkowej Panu Pawłowi Roli) oraz drużbie Wojciechowi Totosiowi.

Pani Dusia – historia życia Pani Aliny Janusz

Pani Dusia – historia życia Pani Aliny Janusz

Zapraszamy, szczególnie młodszych czytelników do zapoznania się z historią życia Pani Aliny Janusz. Pani Duśka, bo tak wielu z nas ją zna pochodzi i mieszka na Osikowie. Opowieść, którą mamy zaszczyt Państwu przedstawić jest świadectwem tego, że mimo wielu tragedii życiowych, które nas dotykają warto być dobrym i tylko życie poświęcone dla innych warte jest przeżycia.

 

Trzeba być człowiekiem. Najpierw jako dziecko, a później jako dorosły należy się zgodzić z tym co się ma i trzeba ćwiczyć swój charakter. Wiele rzeczy sobie odmówić. Nie wszystko dla siebie tylko dla każdego, dla innych.

~Alina Janusz

W imieniu całej miejscowości chcieliśmy serdecznie podziękować, za wszystko co Pani dla nas zrobiła i życzyć dużo zdrowia i błogosławieństwa Bożego.


Poniżej przedstawiamy nagranie wideo oraz zredagowany tekst z wywiadu.

Pani Dusiu, wszyscy znają Panią Duśkę z Osikowa, a prawdziwe imię to Alina. Chcieliśmy  z Panią przeprowadzić wywiad na temat naszej miejscowości i zgłębić tamte czasy. Lata Pani dzieciństwa, a więc czas wybuchu II wojny światowej oraz późniejsze czasy w których przeżyła Pani wiele trudu i wykonała ogrom pracy na rzecz wielu ludzi z Siołkowej i nie tylko.

Ja się urodziłam w 1933 roku 28 stycznia. Byłam najmłodszą córką Teofila i Wiktorii Mędoń. Tata był jako wojskowy austriacki feldfebel. Był tu komisarzem nawet na ten okręg małopolski. Jeżeli chodzi o Grybów to starsi go pamiętali bo służyli pod nim. Było nas 11 żyjących dzieci. Odkąd pamiętam to dwóch braci i dwie siostry były zamężne. Najstarszy brat był 27 lat ode mnie starszy i tak jak pamiętam każdy poszedł na swoje. W domu rodzinnym było nas troje: siostra i dwóch braci. Ja byłam najmłodsza więc starsi bracia mnie bawili. Bardzo mnie lubili i po prostu bawili mnie jako najmłodszą, jak lalkę. Tatuś pochodził z Osikowa, a mamusia pochodziła z Siołkowej. Mama pochodziła z Obrzutów, dziadek Kazimierz i babcia była Regina. Tato pochodził z Mędoniów, mój dziadek był Antoni i miał dwie żony. Pierwsza pochodziła prawdopodobnie od Rodaków od nas z Siołkowej, a druga pochodziła od Oleksów i tata mój był po tej drugiej żonie Marii, tych Oleksych co był Sołtys Franiu.

Jak wyglądał dom?

Myśmy mieli dom murowany z kamienia. Pokój z kuchnią i korytarz co nazywali sienią. Stajnia to był dalszy ciąg domu ale wejście było z podworca. Stodoła była osobno. Taki dom był dostawiony dla konia, świń i kur co był nazywany stajenką.

Ile mieliście morgów?

Ja zapamiętałam jak mówili o 4 ha ale już córki dostały wcześniej.

Zbliżają się lata szkoły, przychodzi wojna. Co się tu działo?

To było bardzo szybko. Przepowiadali ludzie, że będzie wojna. Naraz wybuchła 1 września i myśmy pierwszy dzień mieli szkoły na Siołkowej. Ja właśnie poszłam do tej szkoły. Mieliśmy zakupione polskie książki. Kazał nam kierownik Fryda Antek otworzyć książki i wyrwał wszystkie Orły, bo ta książka miała Orła z Koroną i mówi: „dzieci idźcie do domu, jesteśmy pod okupacją. Wojna się rozpoczęła, Hitler nas opanował”. To był rozkaz odgórny, nie tłumaczył nam czemu. Tego nie zapomnę do śmierci. To było w starym budynku tam gdzie teraz jest przedszkole czyli w Białej Szkole, chociaż Dom Ludowy już był wybudowany.

Jak wyglądała nauka w czasie wojny?

Jeżeli byli Niemcy i zajęli szkołę to myśmy do szkoły nie chodzili, a jak się wyprowadzili to znowu kierownik nas wołał, znowu mieliśmy parę tych lekcji. Religia była w szkole. Nawet dwóch księży było. Był taki Żurek później był Pietruszka.

Jak wyglądało życie w latach wojny?

Lata wojny były bardzo przykre. Wszystko trzeba było oddać Niemcom. Pozabierali ludziom ziemniaki, zboże, krowy, świnie, mleko. To wszystko się musiało oddać. Było bardzo ciężko.

Czy z waszej rodziny był ktoś na robotach w Niemczech?

Na robotach w Niemczech nie było nikogo ale brat i siostra byli przez gestapo objęci. Brat Staszek był listonoszem w Krynicy i był w konspiracji. Chwycili go na anonimach i go zamknęli. Najpierw dostał karę śmierci ale ponieważ się nie przyznał bo anonim, który miał przy sobie zjadł to wysłali go do obozu do Niemiec do fabryki gazów. Drugi kolega co był z nim to został zaraz zastrzelony bo się przyznał. Także my nie wiedzieliśmy nic co się z nim dzieje. Po wojnie wrócił z Anglii w 48 roku bo służył w wojsku Andersa. Następnie pojechał na zachód i mieszkał koło Trzebnicy. Był przewodniczącym w GS’ie i zmarł już w starszym wieku mając 75 czy 76 lat. Siostrę złapali podczas łapanki w Tarnowie, bo ona pojechała do drugiej siostry, która była za Tarnowem w Biskupicach Radłowskich. Był nalot na stacji i połapali wszystkich, którzy przyjechali pociągiem i to był pierwszy transport, który pojechał do Oświęcimia i siostra była zabrana do obozu, dokładnie nie pamiętam ale dwa tysiące coś miała numer. Wróciła dopiero po wojnie. Ona w tym Oświęcimiu pracowała w kuchni, a był tam jakiś starszy Niemiec, który bardzo lubił placki kartoflane i ona mu te placki piekła, a co jakiś czas zabierali cała kuchnię i do komina. Jemu się Janki zrobiło żal i wsadził ją potajemnie w transport o północy, który jechał na Niemcy i tak ją wywiózł z obozu do Niemiec. Ten transport został na granicy rozbity i siostra poszła w partyzantkę. Wróciła w Angielskim mundurze po wojnie. Później wyszła za mąż, mieszkała w Krakowie i zmarła mając ledwie 61 lat – Oświęcim zrobił swoje…

W którym roku przystąpiliście do Komunii Świętej?

To był 42 rok, księdzem był Teofil Świątek, on później był proboszczem w Tymbarku. Komunie Świętą mieliśmy bardzo ubogą. Zawsze proboszcz zapraszał dzieci komunijne na bułeczkę i kawę ale myśmy już nie mieli bo był taki kryzys i taka bieda, że nie stać było księdza nawet na tą bułeczkę i kawę.

Jak było z chwilą „wyzwolenia”?

Pamiętam dobrze ten moment, przyszedł styczeń. Był wieczór, tata poszedł na pole i słyszał rosyjską rozmowę, ktoś podchodził. Dopiero na drugi dzień ruscy wkroczyli. Myśmy tutaj na Siołkowej mieli całą obsadę Niemiecką, bo tu były ciężkie działa przeciwpancerne na Wojciechowskiej górze. Te działa biły przez parę dni. Nawet u Dudzików, żonę z dziećmi zabił pocisk (mamy pomnik tam), Koszyk się spalił. Tylko, że tu na Osikowie chroniła nas góra, te Nolepówki. Jeżeli Niemcy wzięli dystans krótki to kule topiły się w górze, a jak dłuższy to strzelali na Wojnarową i myśmy byli tutaj osłonięci. Tutaj spalił się też Fyda, który za Niemców był wójtem. Nie wiem czy to był Rusek czy Niemiec ale strzelił i od pocisku karabinowego to się zapaliło.

Jak się szło do szkoły były „trzewiczki ładne”?

Czasy były bardzo ciężkie. Ani ubioru ani butów. Buty wyprawiali w skórę, robili drewnioki i myśmy w tych drewniokach chodzili. Jak przyszła wiosna to się chodziło boso, do Kościoła też się chodziło boso.

Minęła wojna, Pani zaczęła dorastać. Co wtedy robiła młodzież?

Ja jak skończyłam 7 klasę to kto mógł szedł do liceum czy zawodowej czy do technikum. Ja poszłam do technikum rachunkowości w Marcinkowicach, a ponieważ zachorowałam to wróciłam do domu i tak się skończyła moja edukacja. Owszem, zgłosiłam to dyrektorce, że mnie noga boli, że coś się stało ale ona powiedziała, że ja udaję, a ja miała taki ból, że nocami nie spałam. Siostra zabrała mnie do lekarza ale nie stwierdził nic ciekawego dał jakieś leki, wróciłam do domu i cierpiałam dzień po dniu coraz gorzej. W końcu siostra zabrała mnie do Krakowa, tam prześwietlili i stwierdzili, że mam biodro zniszczone, główkę uszkodzoną, stan zapalny i dali mi gips. W tym gipsie leżałam prawie 4 lata. Ani nie było lepiej ani gorzej. Gips zdejmowali, zakładali, poprawy nie było. Szwagier z Krakowa znalazł kolegę lekarza, on był w szpitalu gruźliczym bo twierdzili, że to tło było gruźlicze i on mnie wysłał do sanatorium i szpitala. Miałam operacje stawu biodrowego. Robił mi Bochenek przy profesorze Zarębie w Krakowie, 20 lat wtedy miałam.

Kiedyś Pani mi opowiadała jak do mamy przyszedł ktoś z chorym dzieckiem. Widać, że mama miała mocne predyspozycje, znała się.

Mama moja miała parę tych dzieci, które też chorowały. Chodziła po lekarzach, a że była sprytna więc równocześnie pomagała. Antybiotyków nie było więc te dzieci swoimi sposobami leczyli: okładami, smarowaniem, wygrzewaniem te dzieci bronili, a ponieważ mama miała doświadczenie na swoich dzieciach to jak ktoś przyszedł to wysmarowała, dała okład krzyżowy, dała apisrynkę. Jak dziecko zwichnięte było to naprawiała, ponieważ moja babcia też była taką wiejską akuszerką (babcia Obrzutka).

Wróćmy do domu. Dawniej się ludzie schodzili.

Dawniej nie było telewizji, nie było niczego. Wieczorem się schodzili sąsiedzi. Siostry były panienkami to przychodzili kawalerowie. Śpiewaliśmy piosenki, modliliśmy się, grali w karty, opowiadali w bajki, grali na przykrywkach.

Gdzie na Osikowie straszyło?

Różnie ludzie mówili. Tatuś mój opowiadał, że za wojny austriackiej był tutaj jakiś pomór i masa ludzi pomarła, nie wiem na co. W każdym razie w tym potoku był zbiorczy grób, za Motykami, za Witkami. Tam niektórzy ludzie widzieli, że straszy. Ja ci się przyznam szczerze, że też szłam raz ze strachem. Przyjechałem od siostry z Krakowa, a ponieważ ja się nie bałam od małego dziecka więc szłam od stacji na nogach. Na folwarku jak jest pomnik Kiełbasów słyszę tak jakby kogutek zapiał. Myślę sobie, że to bażant, kuropatwa i idę sobie krajem ale czuję, że coś ze mną idzie, nie widzę ale czuję. Ja z tym przyszłam do nas na mostek. W tym momencie zrobił się straszny wicher. Mieliśmy psa „Szpica” co zawsze po mnie wychodził i wtedy nie wyszedł. Jak się ten wicher zrobił to przed oczami tak jakbyś wziął prześcieradło i rozdarł na pół. Wiesz co, pierwszy raz mi włosy dęba stanęły. Zdrętwiałam, wpadłam do domu przestraszona i nie wiem co to było, widziałam tylko to prześcieradło.

Przyszła miłość, wyszła Pani za mąż, myśleliście o budowie tutaj?

Jak ja wyszłam za mąż, to tatuś mówi tak do teścia z mężem: „ja obiecałem jej dać dwa morgi pola bo ona jest kaleka, żeby miała coś”. Antkowi damy starą ojczyznę, a pole kupione od Hosch’a dał mi. Mąż wtedy pracował w kopalni ale tam było ciężko. Mieszkanie brać tam trudno było więc uskładaliśmy troszkę pieniędzy i postanowiliśmy tutaj wybudować dom.

Józef Hosch to był kawaler, to było za „Austrii”. Kazał to pole rozparcelować. Mój dziadek Kazimierz Obrzut to pole parcelował. Hosch kazał to sprzedać chłopom. Był tu jeszcze Starcowski, który też sprzedał tam gdzie teraz jest Pańskie.

Skąd wzięło się u Pani zamiłowanie do pomocy medycznej?

Moim marzeniem było być pielęgniarką, ponieważ często do mamy ludzie przychodzili po porady i mnie się to podobało. Byłam ciekawa i od małego dziecka obserwowałam. Niestety zostałam kaleką, chodziłam o lasce. Chciałam iść na położnictwo ale nie dali mi zaświadczenia bo pielęgniarka musi być zdrowa osoba, bo to należy pod wojsko. Jak pojechałam na zachód do siostry tam była izba porodowa i ja tam w tej izbie pracowałam. Miałam już tę smykałkę przy chorych, przy dzieciach, to chyba jest coś wrodzonego. Jak wróciłam i wyszłam za mąż to bratanek pracował w Lipnicy, mąż na Śląsku w kopalni. Ja byłam sama. Pomagałam Jankowi bratankowi lekarzowi i on mnie nauczył robić zastrzyków bo nie miał pielęgniarek. Pomagałam mu bezinteresownie i tak się nauczyłam.

Bratanek pracował w Lipnicy, jak mimo kalectwa się tam Pani dostawała?

Na nogach szłam bo nie było pojazdów. Jak spotkałam jakiś wóz tom siadła i tak przejechałam. Tak to szłam przez góry na Lipnice. Później jak wróciłam do domu to izba porodowa była  w Grybowie. Do tej izby jeździli z Krużlowej, Posadowej ze wszystkich stron. Na raz kobieta rodzi na szosie. Śnieg sypał, deszcz lał. Chłop ją wiózł w paczce z węgla. Sąsiadka Hela Obrzut mnie woła: „choć Duśka baba rodzi”. Płaszcz miałam na sobie, zachodzę, mówię: „masz spirytus, masz cokolwiek?”. Zaleciałam na wóz, dziecko się samo urodziło, wpadło do tego wozu, calutkie umorusane. Hela przyniosła, spirytus, nici, nożyczki. Ja odcięłam to dziecko, zdjęłam płaszcz, owinęłam je i przyniosłam do domu. Wtedy miałam już Halkę, Krzyśka i miałam po nich całą bieliznę dziecięcą. Umyłam to dziecko bo było z węgla. Zabezpieczyłam pępowinę, wszystko zrobiłam i mówię do tego chłopa: „idź pan dzwoń po pogotowie bo ja za ten poród nie odpowiadam”. Później to się rozniosło jak dobre bułki. Co się stało to wszyscy po mnie latali. Ja tu na szosie parę dzieci odebrałam.

Kiedy się zrodziły kulinarne rzeczy? Wiemy że była pani dobrą kucharką.

To wyszło z tego, że mąż zginął tragicznie. Ja zostałam z trojgiem dzieci. Teresę urodziłam dopiero pięć miesięcy po jego śmierci. Długów miałam pełno. Byłam w rozpaczy. Wiedzieli w sąsiedztwie, że umiałam upiec, ugotować, bom się nauczyła bo bieda wszystkiego nauczy. Tu jedno wesele zrobiłam tu drugie, trzecie i to też się tak rozeszło jak te dobre bułki. Tak sobie pomagałam, bo ktoś mi zawsze coś dał, czy parę złotych, czy mi w polu zrobił, drzewo dał. Później chodziłam i robiłam zastrzyki. Pielęgniarek nie było. Trzeba było płacić. Tutaj ludzie nie byli ubezpieczeni, nie było ich stać na lekarza ani na pielęgniarkę. Umiałam dobrze to przychodzili i robiłam. Tylko co robiłam, to robiłam bezinteresownie i nie mogli mnie naciąć. Usadzili by mnie, tylko że ja niczego nie żądałam, nie brałam wynagrodzenia, a mnie wolno było robić.

W pewnym momencie stała się Pani wdową z czwórką dzieci, prowadziła pani gospodarstwo i jeszcze był skup mleka, tak?

Przyszli do mnie, żebym zlewnie wzięła. Wytynkowałam suteryny wzięłam tą zlewnie i odbierałam mleko dziesięć lat. Później dzieci poszły do szkoły, tam też trzeba było pomóc. Gotowałyśmy dzieciom zupy w szkole. Na kolonii pracowała Witkowa i zwichnęła nogę i przyszli do mnie. Ja mówię, mam dzieci, muszę im dać jeść. Dyrektor ze Stomilu z Krakowa powiedział, że dadzą jedzenie dla dzieci, a Pani niech gotuje. Gotowałam parę lat. Tak sobie dorabiałam, żeby spłacić długi i dzieci wyprawić do szkoły. Tak wybrnęłam z najgorszej biedy. Później córka wyszła za mąż, przyszedł zięć to mi ulżył bo mi pomógł. Później on pracował to ja pomagałam bo miałam rentę i tak wspólnie żeśmy doszli do tego co teraz mamy.

Pamiętamy śmierć męża, jak Pani temu wszystkiemu podołała?

Ja jak chowałam męża to sobie tak przyrzekłam na grobie, że dokąd starczy moich sił to się nie dam. Mimo kalectwa dam sobie radę i dałam radę. Mleko odebrałam, kolonie ugotowałam, wesela robiłam i prymicje, jakoś mi Pan Bóg błogosławił i tak sobie dawałam radę. Tylko to ciekawe, dlaczego tak długo żyję.

Co by Pani chciała przekazać nam, miejscowości w której się Pani wychowała dla której Pani tak dużo zrobiła. Jakieś przesłanie, gdzie ta siła, skąd się to wszystko wzięło?

Trzeba być człowiekiem. Najpierw jako dziecko, a później jako dorosły należy się zgodzić z tym co się ma i trzeba ćwiczyć swój charakter. Wiele rzeczy sobie odmówić. Nie wszystko dla siebie tylko dla każdego, dla innych. Czy to była północ, czy nad ranem, jak ktoś do okna zapukał i prosił o pomoc to ja wstawałam, laska do ręki i szłam. Pamiętasz, jak był u Klocków u Michaśki poród i ja ten krwotok wstrzymałam częściowo i dowiozłam ją do pogotowia. Janek, doktor Mędoń czyli mój bratanek, z tego roku co ja. Razem się w Krakowie u siostry uczyliśmy anatomie, recepturę, wszystko. On mi powiedział: „jeżeli tak odbierasz na szosie, byle kiedy, to miej ten kagulen przy sobie w razie czego”. Ja właśnie tą Klockową tak, żem do pogotowia dowiozła. Dawałam je zastrzyki dożylnie tego kagulenu, żeby ją dowieźć, a przecież ona za górą mieszkała i nie było asfaltu! To był wygon. Później, to już ludzie przychodzili, a ponieważ pracowałam 2,5 roku na izbie porodowej to umiałam dobrze odebrać, także ta położna, która wzięła dziecko ode mnie to widziała, że to fachowa ręka robiła. Tak pomagałam ludziom. Wykryłam u ludzi zapalenie opon mózgowych. Od Ogorzałka przyleciał do mnie Jasiu i mówi byłem u doktora ale dziecko coraz gorsze (najstarszy syn). Zaszłam, słucham go, badam, gorączka 40 stopni. Patrzę, sztywność karku i mówię pieronem do doktora, bo dziecko ma zapalenie opon mózgowych. Tak samo było u Matusika. Doktor Bazielik zbadał dziecko, dał zastrzyki, żadna pielęgniarka nie pojechała bo śniegi były, a po drugie tych pielęgniarek też było mało w Grybowie. Przyjechali po mnie sankami, zajechaliśmy. Był wieczór. Zastrzyk wieczór i rano to ja mówię dam zastrzyk i prześpię się u was, a rano dam zastrzyk i mnie odwieziecie. W nocy widzę, dziecko chrapie, wstałam, patrzę, dziecko blade jak trup, temperatura, a tam było cieplutko bo chałupa była stara drewniana. Wzięłam to dziecko. Poduszka na stół i to dziecko i ja badam. Bo mnie doktor Mędoń nauczył badać przez uszy jakie jest zapalenie oskrzeli jakie jest zapalenie płuc, on mi to wszystko przekazał. Badam dziecko – sztywność karku, mówię prędko jedź do Bazielika i powiedz, że zapalenie opon mózgowych dziecko ma, powiedz, że ja powiedziałam. Bazielik na nogach na przyszedł i to dziecko przeżyło. On później żył ale zmarł w wypadku samochodowym. Dużo wypadków tu miałam na szosie. Od Kwoki dziewucha jechała i koło naszego domu upadła, całą potłuczona. Patrzę z ucha leci krew. Położyliśmy tą dziewczynę na kocu, robiłam okłady zimne na kark, żeby wstrzymać krwotok. Akurat jechał Władziu Chronowski i przyjechała doktorka i zabrali ją i dzięki temu dziewczyna żyje ale ja siedziałam na niej chyba z godzinę bo takie drgawki miała. Raz jak byłam na kolonii przylecieli do mnie i mówią Rany Boskiej chodź bo Helka taka chora, a ona rodziła. Był Szczepanek i była położna Maria i nikt nie spostrzegł się, że jest zatrucie ciążowe. Ja wpadłam, widzę co się dzieje. Siadłam cała bo tęga byłam na jej nogach i mówię dzwońcie od razu na pogotowie, że jest zatrucie ciążowe, żeby momentalnie przyjeżdżali. Dziecko żyje i wszystko dobrze jest…

Serdecznie dziękujemy za wszystko co Pani dla nas zrobiła w imieniu całej miejscowości.

Gdybym ja miała siłę, a tak dokładnie to ja bym sama książkę napisała z tego co się przeszło.