Zapraszamy, szczególnie młodszych czytelników do zapoznania się z historią życia Pani Aliny Janusz. Pani Duśka, bo tak wielu z nas ją zna pochodzi i mieszka na Osikowie. Opowieść, którą mamy zaszczyt Państwu przedstawić jest świadectwem tego, że mimo wielu tragedii życiowych, które nas dotykają warto być dobrym i tylko życie poświęcone dla innych warte jest przeżycia.

 

Trzeba być człowiekiem. Najpierw jako dziecko, a później jako dorosły należy się zgodzić z tym co się ma i trzeba ćwiczyć swój charakter. Wiele rzeczy sobie odmówić. Nie wszystko dla siebie tylko dla każdego, dla innych.

~Alina Janusz

W imieniu całej miejscowości chcieliśmy serdecznie podziękować, za wszystko co Pani dla nas zrobiła i życzyć dużo zdrowia i błogosławieństwa Bożego.


Poniżej przedstawiamy nagranie wideo oraz zredagowany tekst z wywiadu.

Pani Dusiu, wszyscy znają Panią Duśkę z Osikowa, a prawdziwe imię to Alina. Chcieliśmy  z Panią przeprowadzić wywiad na temat naszej miejscowości i zgłębić tamte czasy. Lata Pani dzieciństwa, a więc czas wybuchu II wojny światowej oraz późniejsze czasy w których przeżyła Pani wiele trudu i wykonała ogrom pracy na rzecz wielu ludzi z Siołkowej i nie tylko.

Ja się urodziłam w 1933 roku 28 stycznia. Byłam najmłodszą córką Teofila i Wiktorii Mędoń. Tata był jako wojskowy austriacki feldfebel. Był tu komisarzem nawet na ten okręg małopolski. Jeżeli chodzi o Grybów to starsi go pamiętali bo służyli pod nim. Było nas 11 żyjących dzieci. Odkąd pamiętam to dwóch braci i dwie siostry były zamężne. Najstarszy brat był 27 lat ode mnie starszy i tak jak pamiętam każdy poszedł na swoje. W domu rodzinnym było nas troje: siostra i dwóch braci. Ja byłam najmłodsza więc starsi bracia mnie bawili. Bardzo mnie lubili i po prostu bawili mnie jako najmłodszą, jak lalkę. Tatuś pochodził z Osikowa, a mamusia pochodziła z Siołkowej. Mama pochodziła z Obrzutów, dziadek Kazimierz i babcia była Regina. Tato pochodził z Mędoniów, mój dziadek był Antoni i miał dwie żony. Pierwsza pochodziła prawdopodobnie od Rodaków od nas z Siołkowej, a druga pochodziła od Oleksów i tata mój był po tej drugiej żonie Marii, tych Oleksych co był Sołtys Franiu.

Jak wyglądał dom?

Myśmy mieli dom murowany z kamienia. Pokój z kuchnią i korytarz co nazywali sienią. Stajnia to był dalszy ciąg domu ale wejście było z podworca. Stodoła była osobno. Taki dom był dostawiony dla konia, świń i kur co był nazywany stajenką.

Ile mieliście morgów?

Ja zapamiętałam jak mówili o 4 ha ale już córki dostały wcześniej.

Zbliżają się lata szkoły, przychodzi wojna. Co się tu działo?

To było bardzo szybko. Przepowiadali ludzie, że będzie wojna. Naraz wybuchła 1 września i myśmy pierwszy dzień mieli szkoły na Siołkowej. Ja właśnie poszłam do tej szkoły. Mieliśmy zakupione polskie książki. Kazał nam kierownik Fryda Antek otworzyć książki i wyrwał wszystkie Orły, bo ta książka miała Orła z Koroną i mówi: „dzieci idźcie do domu, jesteśmy pod okupacją. Wojna się rozpoczęła, Hitler nas opanował”. To był rozkaz odgórny, nie tłumaczył nam czemu. Tego nie zapomnę do śmierci. To było w starym budynku tam gdzie teraz jest przedszkole czyli w Białej Szkole, chociaż Dom Ludowy już był wybudowany.

Jak wyglądała nauka w czasie wojny?

Jeżeli byli Niemcy i zajęli szkołę to myśmy do szkoły nie chodzili, a jak się wyprowadzili to znowu kierownik nas wołał, znowu mieliśmy parę tych lekcji. Religia była w szkole. Nawet dwóch księży było. Był taki Żurek później był Pietruszka.

Jak wyglądało życie w latach wojny?

Lata wojny były bardzo przykre. Wszystko trzeba było oddać Niemcom. Pozabierali ludziom ziemniaki, zboże, krowy, świnie, mleko. To wszystko się musiało oddać. Było bardzo ciężko.

Czy z waszej rodziny był ktoś na robotach w Niemczech?

Na robotach w Niemczech nie było nikogo ale brat i siostra byli przez gestapo objęci. Brat Staszek był listonoszem w Krynicy i był w konspiracji. Chwycili go na anonimach i go zamknęli. Najpierw dostał karę śmierci ale ponieważ się nie przyznał bo anonim, który miał przy sobie zjadł to wysłali go do obozu do Niemiec do fabryki gazów. Drugi kolega co był z nim to został zaraz zastrzelony bo się przyznał. Także my nie wiedzieliśmy nic co się z nim dzieje. Po wojnie wrócił z Anglii w 48 roku bo służył w wojsku Andersa. Następnie pojechał na zachód i mieszkał koło Trzebnicy. Był przewodniczącym w GS’ie i zmarł już w starszym wieku mając 75 czy 76 lat. Siostrę złapali podczas łapanki w Tarnowie, bo ona pojechała do drugiej siostry, która była za Tarnowem w Biskupicach Radłowskich. Był nalot na stacji i połapali wszystkich, którzy przyjechali pociągiem i to był pierwszy transport, który pojechał do Oświęcimia i siostra była zabrana do obozu, dokładnie nie pamiętam ale dwa tysiące coś miała numer. Wróciła dopiero po wojnie. Ona w tym Oświęcimiu pracowała w kuchni, a był tam jakiś starszy Niemiec, który bardzo lubił placki kartoflane i ona mu te placki piekła, a co jakiś czas zabierali cała kuchnię i do komina. Jemu się Janki zrobiło żal i wsadził ją potajemnie w transport o północy, który jechał na Niemcy i tak ją wywiózł z obozu do Niemiec. Ten transport został na granicy rozbity i siostra poszła w partyzantkę. Wróciła w Angielskim mundurze po wojnie. Później wyszła za mąż, mieszkała w Krakowie i zmarła mając ledwie 61 lat – Oświęcim zrobił swoje…

W którym roku przystąpiliście do Komunii Świętej?

To był 42 rok, księdzem był Teofil Świątek, on później był proboszczem w Tymbarku. Komunie Świętą mieliśmy bardzo ubogą. Zawsze proboszcz zapraszał dzieci komunijne na bułeczkę i kawę ale myśmy już nie mieli bo był taki kryzys i taka bieda, że nie stać było księdza nawet na tą bułeczkę i kawę.

Jak było z chwilą „wyzwolenia”?

Pamiętam dobrze ten moment, przyszedł styczeń. Był wieczór, tata poszedł na pole i słyszał rosyjską rozmowę, ktoś podchodził. Dopiero na drugi dzień ruscy wkroczyli. Myśmy tutaj na Siołkowej mieli całą obsadę Niemiecką, bo tu były ciężkie działa przeciwpancerne na Wojciechowskiej górze. Te działa biły przez parę dni. Nawet u Dudzików, żonę z dziećmi zabił pocisk (mamy pomnik tam), Koszyk się spalił. Tylko, że tu na Osikowie chroniła nas góra, te Nolepówki. Jeżeli Niemcy wzięli dystans krótki to kule topiły się w górze, a jak dłuższy to strzelali na Wojnarową i myśmy byli tutaj osłonięci. Tutaj spalił się też Fyda, który za Niemców był wójtem. Nie wiem czy to był Rusek czy Niemiec ale strzelił i od pocisku karabinowego to się zapaliło.

Jak się szło do szkoły były „trzewiczki ładne”?

Czasy były bardzo ciężkie. Ani ubioru ani butów. Buty wyprawiali w skórę, robili drewnioki i myśmy w tych drewniokach chodzili. Jak przyszła wiosna to się chodziło boso, do Kościoła też się chodziło boso.

Minęła wojna, Pani zaczęła dorastać. Co wtedy robiła młodzież?

Ja jak skończyłam 7 klasę to kto mógł szedł do liceum czy zawodowej czy do technikum. Ja poszłam do technikum rachunkowości w Marcinkowicach, a ponieważ zachorowałam to wróciłam do domu i tak się skończyła moja edukacja. Owszem, zgłosiłam to dyrektorce, że mnie noga boli, że coś się stało ale ona powiedziała, że ja udaję, a ja miała taki ból, że nocami nie spałam. Siostra zabrała mnie do lekarza ale nie stwierdził nic ciekawego dał jakieś leki, wróciłam do domu i cierpiałam dzień po dniu coraz gorzej. W końcu siostra zabrała mnie do Krakowa, tam prześwietlili i stwierdzili, że mam biodro zniszczone, główkę uszkodzoną, stan zapalny i dali mi gips. W tym gipsie leżałam prawie 4 lata. Ani nie było lepiej ani gorzej. Gips zdejmowali, zakładali, poprawy nie było. Szwagier z Krakowa znalazł kolegę lekarza, on był w szpitalu gruźliczym bo twierdzili, że to tło było gruźlicze i on mnie wysłał do sanatorium i szpitala. Miałam operacje stawu biodrowego. Robił mi Bochenek przy profesorze Zarębie w Krakowie, 20 lat wtedy miałam.

Kiedyś Pani mi opowiadała jak do mamy przyszedł ktoś z chorym dzieckiem. Widać, że mama miała mocne predyspozycje, znała się.

Mama moja miała parę tych dzieci, które też chorowały. Chodziła po lekarzach, a że była sprytna więc równocześnie pomagała. Antybiotyków nie było więc te dzieci swoimi sposobami leczyli: okładami, smarowaniem, wygrzewaniem te dzieci bronili, a ponieważ mama miała doświadczenie na swoich dzieciach to jak ktoś przyszedł to wysmarowała, dała okład krzyżowy, dała apisrynkę. Jak dziecko zwichnięte było to naprawiała, ponieważ moja babcia też była taką wiejską akuszerką (babcia Obrzutka).

Wróćmy do domu. Dawniej się ludzie schodzili.

Dawniej nie było telewizji, nie było niczego. Wieczorem się schodzili sąsiedzi. Siostry były panienkami to przychodzili kawalerowie. Śpiewaliśmy piosenki, modliliśmy się, grali w karty, opowiadali w bajki, grali na przykrywkach.

Gdzie na Osikowie straszyło?

Różnie ludzie mówili. Tatuś mój opowiadał, że za wojny austriackiej był tutaj jakiś pomór i masa ludzi pomarła, nie wiem na co. W każdym razie w tym potoku był zbiorczy grób, za Motykami, za Witkami. Tam niektórzy ludzie widzieli, że straszy. Ja ci się przyznam szczerze, że też szłam raz ze strachem. Przyjechałem od siostry z Krakowa, a ponieważ ja się nie bałam od małego dziecka więc szłam od stacji na nogach. Na folwarku jak jest pomnik Kiełbasów słyszę tak jakby kogutek zapiał. Myślę sobie, że to bażant, kuropatwa i idę sobie krajem ale czuję, że coś ze mną idzie, nie widzę ale czuję. Ja z tym przyszłam do nas na mostek. W tym momencie zrobił się straszny wicher. Mieliśmy psa „Szpica” co zawsze po mnie wychodził i wtedy nie wyszedł. Jak się ten wicher zrobił to przed oczami tak jakbyś wziął prześcieradło i rozdarł na pół. Wiesz co, pierwszy raz mi włosy dęba stanęły. Zdrętwiałam, wpadłam do domu przestraszona i nie wiem co to było, widziałam tylko to prześcieradło.

Przyszła miłość, wyszła Pani za mąż, myśleliście o budowie tutaj?

Jak ja wyszłam za mąż, to tatuś mówi tak do teścia z mężem: „ja obiecałem jej dać dwa morgi pola bo ona jest kaleka, żeby miała coś”. Antkowi damy starą ojczyznę, a pole kupione od Hosch’a dał mi. Mąż wtedy pracował w kopalni ale tam było ciężko. Mieszkanie brać tam trudno było więc uskładaliśmy troszkę pieniędzy i postanowiliśmy tutaj wybudować dom.

Józef Hosch to był kawaler, to było za „Austrii”. Kazał to pole rozparcelować. Mój dziadek Kazimierz Obrzut to pole parcelował. Hosch kazał to sprzedać chłopom. Był tu jeszcze Starcowski, który też sprzedał tam gdzie teraz jest Pańskie.

Skąd wzięło się u Pani zamiłowanie do pomocy medycznej?

Moim marzeniem było być pielęgniarką, ponieważ często do mamy ludzie przychodzili po porady i mnie się to podobało. Byłam ciekawa i od małego dziecka obserwowałam. Niestety zostałam kaleką, chodziłam o lasce. Chciałam iść na położnictwo ale nie dali mi zaświadczenia bo pielęgniarka musi być zdrowa osoba, bo to należy pod wojsko. Jak pojechałam na zachód do siostry tam była izba porodowa i ja tam w tej izbie pracowałam. Miałam już tę smykałkę przy chorych, przy dzieciach, to chyba jest coś wrodzonego. Jak wróciłam i wyszłam za mąż to bratanek pracował w Lipnicy, mąż na Śląsku w kopalni. Ja byłam sama. Pomagałam Jankowi bratankowi lekarzowi i on mnie nauczył robić zastrzyków bo nie miał pielęgniarek. Pomagałam mu bezinteresownie i tak się nauczyłam.

Bratanek pracował w Lipnicy, jak mimo kalectwa się tam Pani dostawała?

Na nogach szłam bo nie było pojazdów. Jak spotkałam jakiś wóz tom siadła i tak przejechałam. Tak to szłam przez góry na Lipnice. Później jak wróciłam do domu to izba porodowa była  w Grybowie. Do tej izby jeździli z Krużlowej, Posadowej ze wszystkich stron. Na raz kobieta rodzi na szosie. Śnieg sypał, deszcz lał. Chłop ją wiózł w paczce z węgla. Sąsiadka Hela Obrzut mnie woła: „choć Duśka baba rodzi”. Płaszcz miałam na sobie, zachodzę, mówię: „masz spirytus, masz cokolwiek?”. Zaleciałam na wóz, dziecko się samo urodziło, wpadło do tego wozu, calutkie umorusane. Hela przyniosła, spirytus, nici, nożyczki. Ja odcięłam to dziecko, zdjęłam płaszcz, owinęłam je i przyniosłam do domu. Wtedy miałam już Halkę, Krzyśka i miałam po nich całą bieliznę dziecięcą. Umyłam to dziecko bo było z węgla. Zabezpieczyłam pępowinę, wszystko zrobiłam i mówię do tego chłopa: „idź pan dzwoń po pogotowie bo ja za ten poród nie odpowiadam”. Później to się rozniosło jak dobre bułki. Co się stało to wszyscy po mnie latali. Ja tu na szosie parę dzieci odebrałam.

Kiedy się zrodziły kulinarne rzeczy? Wiemy że była pani dobrą kucharką.

To wyszło z tego, że mąż zginął tragicznie. Ja zostałam z trojgiem dzieci. Teresę urodziłam dopiero pięć miesięcy po jego śmierci. Długów miałam pełno. Byłam w rozpaczy. Wiedzieli w sąsiedztwie, że umiałam upiec, ugotować, bom się nauczyła bo bieda wszystkiego nauczy. Tu jedno wesele zrobiłam tu drugie, trzecie i to też się tak rozeszło jak te dobre bułki. Tak sobie pomagałam, bo ktoś mi zawsze coś dał, czy parę złotych, czy mi w polu zrobił, drzewo dał. Później chodziłam i robiłam zastrzyki. Pielęgniarek nie było. Trzeba było płacić. Tutaj ludzie nie byli ubezpieczeni, nie było ich stać na lekarza ani na pielęgniarkę. Umiałam dobrze to przychodzili i robiłam. Tylko co robiłam, to robiłam bezinteresownie i nie mogli mnie naciąć. Usadzili by mnie, tylko że ja niczego nie żądałam, nie brałam wynagrodzenia, a mnie wolno było robić.

W pewnym momencie stała się Pani wdową z czwórką dzieci, prowadziła pani gospodarstwo i jeszcze był skup mleka, tak?

Przyszli do mnie, żebym zlewnie wzięła. Wytynkowałam suteryny wzięłam tą zlewnie i odbierałam mleko dziesięć lat. Później dzieci poszły do szkoły, tam też trzeba było pomóc. Gotowałyśmy dzieciom zupy w szkole. Na kolonii pracowała Witkowa i zwichnęła nogę i przyszli do mnie. Ja mówię, mam dzieci, muszę im dać jeść. Dyrektor ze Stomilu z Krakowa powiedział, że dadzą jedzenie dla dzieci, a Pani niech gotuje. Gotowałam parę lat. Tak sobie dorabiałam, żeby spłacić długi i dzieci wyprawić do szkoły. Tak wybrnęłam z najgorszej biedy. Później córka wyszła za mąż, przyszedł zięć to mi ulżył bo mi pomógł. Później on pracował to ja pomagałam bo miałam rentę i tak wspólnie żeśmy doszli do tego co teraz mamy.

Pamiętamy śmierć męża, jak Pani temu wszystkiemu podołała?

Ja jak chowałam męża to sobie tak przyrzekłam na grobie, że dokąd starczy moich sił to się nie dam. Mimo kalectwa dam sobie radę i dałam radę. Mleko odebrałam, kolonie ugotowałam, wesela robiłam i prymicje, jakoś mi Pan Bóg błogosławił i tak sobie dawałam radę. Tylko to ciekawe, dlaczego tak długo żyję.

Co by Pani chciała przekazać nam, miejscowości w której się Pani wychowała dla której Pani tak dużo zrobiła. Jakieś przesłanie, gdzie ta siła, skąd się to wszystko wzięło?

Trzeba być człowiekiem. Najpierw jako dziecko, a później jako dorosły należy się zgodzić z tym co się ma i trzeba ćwiczyć swój charakter. Wiele rzeczy sobie odmówić. Nie wszystko dla siebie tylko dla każdego, dla innych. Czy to była północ, czy nad ranem, jak ktoś do okna zapukał i prosił o pomoc to ja wstawałam, laska do ręki i szłam. Pamiętasz, jak był u Klocków u Michaśki poród i ja ten krwotok wstrzymałam częściowo i dowiozłam ją do pogotowia. Janek, doktor Mędoń czyli mój bratanek, z tego roku co ja. Razem się w Krakowie u siostry uczyliśmy anatomie, recepturę, wszystko. On mi powiedział: „jeżeli tak odbierasz na szosie, byle kiedy, to miej ten kagulen przy sobie w razie czego”. Ja właśnie tą Klockową tak, żem do pogotowia dowiozła. Dawałam je zastrzyki dożylnie tego kagulenu, żeby ją dowieźć, a przecież ona za górą mieszkała i nie było asfaltu! To był wygon. Później, to już ludzie przychodzili, a ponieważ pracowałam 2,5 roku na izbie porodowej to umiałam dobrze odebrać, także ta położna, która wzięła dziecko ode mnie to widziała, że to fachowa ręka robiła. Tak pomagałam ludziom. Wykryłam u ludzi zapalenie opon mózgowych. Od Ogorzałka przyleciał do mnie Jasiu i mówi byłem u doktora ale dziecko coraz gorsze (najstarszy syn). Zaszłam, słucham go, badam, gorączka 40 stopni. Patrzę, sztywność karku i mówię pieronem do doktora, bo dziecko ma zapalenie opon mózgowych. Tak samo było u Matusika. Doktor Bazielik zbadał dziecko, dał zastrzyki, żadna pielęgniarka nie pojechała bo śniegi były, a po drugie tych pielęgniarek też było mało w Grybowie. Przyjechali po mnie sankami, zajechaliśmy. Był wieczór. Zastrzyk wieczór i rano to ja mówię dam zastrzyk i prześpię się u was, a rano dam zastrzyk i mnie odwieziecie. W nocy widzę, dziecko chrapie, wstałam, patrzę, dziecko blade jak trup, temperatura, a tam było cieplutko bo chałupa była stara drewniana. Wzięłam to dziecko. Poduszka na stół i to dziecko i ja badam. Bo mnie doktor Mędoń nauczył badać przez uszy jakie jest zapalenie oskrzeli jakie jest zapalenie płuc, on mi to wszystko przekazał. Badam dziecko – sztywność karku, mówię prędko jedź do Bazielika i powiedz, że zapalenie opon mózgowych dziecko ma, powiedz, że ja powiedziałam. Bazielik na nogach na przyszedł i to dziecko przeżyło. On później żył ale zmarł w wypadku samochodowym. Dużo wypadków tu miałam na szosie. Od Kwoki dziewucha jechała i koło naszego domu upadła, całą potłuczona. Patrzę z ucha leci krew. Położyliśmy tą dziewczynę na kocu, robiłam okłady zimne na kark, żeby wstrzymać krwotok. Akurat jechał Władziu Chronowski i przyjechała doktorka i zabrali ją i dzięki temu dziewczyna żyje ale ja siedziałam na niej chyba z godzinę bo takie drgawki miała. Raz jak byłam na kolonii przylecieli do mnie i mówią Rany Boskiej chodź bo Helka taka chora, a ona rodziła. Był Szczepanek i była położna Maria i nikt nie spostrzegł się, że jest zatrucie ciążowe. Ja wpadłam, widzę co się dzieje. Siadłam cała bo tęga byłam na jej nogach i mówię dzwońcie od razu na pogotowie, że jest zatrucie ciążowe, żeby momentalnie przyjeżdżali. Dziecko żyje i wszystko dobrze jest…

Serdecznie dziękujemy za wszystko co Pani dla nas zrobiła w imieniu całej miejscowości.

Gdybym ja miała siłę, a tak dokładnie to ja bym sama książkę napisała z tego co się przeszło.