Sybirantka – historia Pani Władysławy Lichoń

 

 

Idź dokąd poszli tamci do ciemnego kresu
po złote runo nicości twoją ostatnią nagrodę

idź wyprostowany wśród tych co na kolanach
wśród odwróconych plecami i obalonych w proch

ocalałeś nie po to aby żyć
masz mało czasu trzeba dać świadectwo

bądź odważny gdy rozum zawodzi bądź odważny
w ostatecznym rachunku jedynie to się liczy (…)

Herbert Zbigniew – „Przesłanie Pana Cogito”

 

 

   Życie każdego człowieka jest wyjątkowe. Historia Pani Władysławy jest  niepowtarzalna. Warto się nad nią pochylić. Serdecznie zapraszamy do lektury. Z całego serca dziękujemy Pani Władysławie Lichoń za możliwość spotkania i opisania jej niezwykłego życia.

 

   

     Gdy się urodziłam, moi rodzice wyjechali na wschód. Mieszkaliśmy w miejscowości Karolinowa Szarkowszczyzna. W 1939 roku zaczęła się wojna. Niemcy i Ruscy wpadli do naszego domu, chwycili się rodziców. Była tylko godzina na spakowanie się, auta były podstawione i wywózka. Jak mój tata, tatuś nie chciał, rzucał się, nie chciał się dać wziąć to oni mówili: „Jak pan z nami nie pojedzie to pana zaraz rozstrzelamy”. W dodatku mój tata był wojskowym, on miał rangę porucznika. Z trudem, wzięli nas. Wywieźli nas w 1939 roku prosto na Sybir. Były straszne trudności jak nas wieźli. Moje życie zaczęło się od przerażenia. Ojciec mój umarł na Sybirze. On raczej nie umarł, bo tak wzięli go do wojska. Mama została sama i dwoje nas dzieci. Był z nami także wujek, który miał żonę i troje dzieci. I on był porucznikiem i mój ojciec był, także oni byli razem na wojnie. Ale mój tata był tylko miesiąc na tej wojnie, bo on stawiał przeciw, nie chciał być – że mama nie da rady, że siostra była w pieluchach malutka. Gdzie ona zarobi jak tam taki ostry Sybir- tam zginą i dzieci i ona. Tata był miesiąc w wojsku, tak wujek rano o 7 się obudził i usłyszał strzał i mówi: (mojemu tacie było Michał) „Wiecie co chłopaki stójcie, na pewno zabili go, zastrzelili go”. Jeszcze te słowa dobrze nie wypowiedział, przyszedł taki kapral i mówi do wujka, żeby się zgłosił – ważna sprawa. Wujek już wiedział, że tata na pewno nie żyje. Wujek podszedł, faktycznie patrzy, tata leży, zabity, zastrzelony i oni dają mu łopaty. Wojsko pojechało, a oni trzech zostali, żeby go zakopać, jeszcze dobrze go nie zakopali, nie odeszli, przyszli i odkopali go ruscy. Zdjęli mu ubranie i gołego zabrali i, że nie wolno go w ubraniu chować. No to się oni zwrócili się i zakopali go bo przecież na wierzchu psy go roztargają. Takie były te przeboje. Potem właśnie, jak żeśmy same zostały, same z mamą, życie moje zaczęło się od przerażenia. Ojciec mój umarł za ojczyznę, zamordowany a mama moja umarła z boleści po nim, bo już nic nie jadła, nie mogła dać rady, umarła z głodu. Oto mnie w kołysce owinęła i trzymała tak. Ojcowskiej dłoni nam brakowało. Wyrosłam twarzą smutną i przelęknioną, wywieziono nas w 1939 roku na Sybir północny. Taki był tam straszny mróz, siarczysty. Byłyśmy wychłodzone, do nas nikt nie wchodził. Dodatkowo było nas 40 osób w jednym pomieszczeniu, także nie mogliśmy się nigdzie pomieścić, siedziałyśmy w jednym kącie. Ale trudno było. W końcu dostałam świąd ciała, zaczęło mnie swędzieć ciało ale niestety, niestety trzeba było cierpieć, a w dodatku jeszcze nas wszy gryzły. Nie było co jeść, nie było co pić i tak my się  męczyły. To było tak na Sybirze z początku. Ale potem byłyśmy te 3 lata, no mama jak już umarła za rok, za tatą, tak wujek mówi: „No co ja jest przy wojsku, moja żona ma troje dzieci i sama, i jeszcze was dwie bo tyś jest troszeczkę starsza, ale ta, młodsza opieki, bo półtora roku ma”. I ciocia mówi tak: „Na razie was wezmę, do siebie przytulę, co będę mogła to będę robić żeby was pięcioro wychować. Ale gdzie zarobić? Skąd tych pieniędzy wziąć?”. No, to tam było na Sybirze tak, że mężczyźni na rzekę takie belki przywozili. Kobiety obcinały konary od drzew i za to im płacili. Dopóki ciotka mogła, no to robiła, chowała nas. Ale jeszcze to było dwa lata, a ten rok mówi: „Ja muszę was oddać do sierocińca, bo nie dam rady was wychować. Co będzie w sierocińcu to nie wiem”. Tak było, w końcu to zgłosiła takiemu jednemu, co taki dozorca był i ona mówi: „Proszę pana ja już nie dam rady wychować te dwoje dzieci. Muszę ich oddać, czy jest tu taka możliwość, żebym ja ich oddała, żeby one nie zginęły, żeby ktoś je chował?”. A on mówi: „Jest taki sierociniec ino będzie bieda z tym małym dzieckiem. Nie wiem czy to dziecko się wychowa.” No ale ona mówi: „Ja nie dam rady”. A on mówi: „Ja wiem, że pani ich nie da rady wychować”. No to tak wujek jakoś wpadł, przyjechał. Chciał odwiedzić rodzinę, przyjechał z tego wojska tam, gdzie my mieszkaliśmy na Sybirze i mówi tak: „Wiesz co? Oddajesz ich?”. Na co ona odpowiedziała: „No oddaję, bo nie dam rady.” Wujek powiedział: „To ja pojadę z nimi, załatwię i popatrzę jaki ten sierociniec”. W tym sierocińcu było już tysiąc dzieci, były dzieci większe, mniejsze i najmniejsze. I wujek mówi no to tak: „Rozłączyć ich? To tam będzie płakać? Bo już nauczona z tą starszą”. Tyle wujek uprosił by nas obie złączyli razem. Były takie dwie dziewczyny, wujek poprosił je by one nas pielęgnowały, żeby pilnowały nas i jeść nam dały. Ale w końcu te dziewczyny już też nie mogły dać rady, z głodu ani z niczego i one już miały po 18 lat. I one zgłosiły się za pielęgniarki do wojska, po prostu uciekły, bo nie chciały, miały okazję. Myśmy tam zostały, życie było ciężkie. Chyba nas Pan Bóg uchronił od wszystkiego. Tam my były znowu 4 lata. Na Sybirze 3 lata, a na tym Kazachstanie – Azja, tam my były 4 lata, tam było ciepło. Był tam sierociniec. Co było już tam więcej dzieci, sierot – już ponad dwa tysiące. I była tam straszna bieda, byli  am Czeczeni, Turcy, Uzbecy, Kozacy, Polscy, Cygany, Niemcy, wszystkich tam wywozili. Głód był taki straszny, na dzień dostawaliśmy 50 dag chleba. Na śniadanie dostałyśmy 20 dag chleba i niesłodzoną, czarną kawę. Na obiad było 10 dag chleba i zupa, taka byle jaka. W każdym razie, ani tam ziemniaków my nie widzieli, ani nic tylko taka zwykła zupa, polewka była. I na wieczór było też te 20 dag i czarna kawa. To było nasze wyżywienie tygodniowe. No ale już potem tak my zesłabły, takie słabe my były. Młode dzieci patrzały zjeść, te chłopaki też były duże ale oni szli, kradli buraki cukrowe do zjedzenia brali. Bo nie było co jeść. No straszne było życie. A wszy, tak nas objęły, jakie my brudne były, nieprzewidziane, niezadbane, nie było gdzie się umyć. My spałyśmy na polach, była taka lepianka, było tam ciepło więc można było spać na polu. Potem, jak już my troszkę podrosły, oni wzięli nas do szkoły, że będą nas uczyć. Ja poszłam pierwsza, miałam już te 5 lat to mnie wzięli już 6 rok. No ale wszystko po rosyjsku, my po polsku słowa nie umiałyśmy nic. Wszystko nas po rusku uczyli, także ja skończyłam 4 klasy rosyjskie. No ale stale było tak, nikogo my nie miały, wszystko obce. Ruscy nasz strasznie nie lubili. Mścili się nad nami, byle gdzie nas kopali, pchli, uderzyli – poniewierali nami. Jak już byłam taka starsza, już miałam 7/8 lat. Ja się chwyciłam na drutach robić, sobie myślę ja sobie tu trochę zarobię. Do wojska robili skarpety, przysłali, trzeba było robić do wojska, ja się tak chwyciłam robiłam te skarpety, sobie myślę, że może dostanę jakiś grosz. A tu nic, nie dali, bo kto miał dać? Oni przywieźli włóczkę, materiały, wszystko do robienia na drutach, ale pieniędzy nie dali. I tak my się poniewierały do 4 lata, tak my się męczyły w Azji. Wywozili nas na prace, tam gdzie się rodziło, np.: buraki, pszenica się rodziła, to tam takie dzieci brali do roboty. A jakbyś nie chciała to Cię bili, musiałaś robić, choćbyś nie umiałaś to musiałaś, coś umiałaś musiałaś robić. Tak to my pracowały, tak schodziło rok po roku, tak jednym razem wujek z wojska wyszedł, i pisał do nas tak: „Wiecie co, my się staramy przez czerwony krzyż, może my was wyciągniemy do Polski, ale nie wiem czy się uda, bo więcej ludzi się stara”. Trzeba było poczekać dość długo, wojna się skończyła w 1945. Także po wojnie, za rok dopiero wujek już pojechał ze swoją rodziną do Polski. Myśmy zostały same. Sobie myślimy: „Boże, my tu już umrzemy, to już nas dobiją bo skóra i kość ino była na nas”. Tak, na jeden raz, za rok po wojnie przyszło pismo, że starają się nas wywieźć. Faktycznie, wzięli nas po wojnie za rok w 1945/6, w październiku. Wieźli nas z Kazachstanu, 3 miesiące w bydlęcych wagonach. W bydlęcych wagonach. Spałyśmy na pościelonych wiórkach z desek. W jednym wagonie było zawsze 30/40 dzieci. To nie było tak, żeby siedzieć, tylko jedno przy drugim, nie było ruchu. Wieźli nas 3 miesiące, ponieważ na każdej stacji nas trzymali. Stalin nie chciał nas wydać, że za obywateli rosyjskich nas wychował. I on tak przetrzymywał te dzieci, przetrzymywał, żeby jak najdłużej leżały. Jak dopiero my ruską granicę przejechali to my dopiero wtedy ruszyli dalej do przodu prędzej. Stalin nas niemożliwie mordował. Jak dojechałyśmy do Torunia, w Toruniu były podstawione wagony polskie. Polskie wagony były piękne, ruskie – bydlęce były wszędzie zasuwane. Jak nas wyprowadzili byście może nie wierzyli. O pierwszej w nocy przekraczaliśmy granice, sklepy były otworzone, poprzyjeżdżało pełno ludzi, w których było pełno sierot. Jak my wychodziły, były wojska rosyjskie, polskie i niemieckie. Podleciałam do takiego jednego pana – żołnierza (był to żołnierz rosyjski, bądź niemiecki). Zapytałam się go czy nie widział on może mojego taty. Wspomniałam mu o tym, że był w wojsku. On spojrzał na mnie, pogłaskał mnie, wyjął pieniądze, które mi wręczył. Po wręczeniu pieniędzy zaczął płakać widząc biedne, suche dzieci. Żołnierze, czy to ruscy, czy niemieccy, wszyscy rzucali nam pieniądze. Wszystko płakało, rodziny, sieroty i żołnierze. Byli podstawieni kierownicy, wychowawcy, którzy przewozili nas prosto do Warszawy. Trzeba było tyle dzieci ukąpać, ubrać, bo nie miały nic. Po jednej sukience, po jednym spodnie, choćby po jednym bucie. To już wzięli nas do Warszawy na cały miesiąc. Miały my sierociniec w Kwidzyniu. Pojechałyśmy tam. Mieliśmy pieniądze, poszliśmy kupić sobie chleba, bo sklepy były otworzone. Byłyśmy wtedy większe, miałam wtedy już 14 lat. Byłam wtedy cwana i mądra to pójdę do sklepu, w końcu sobie chleba pojemy. Kupiły my 4 bochenki chleba. Początkowo myślałyśmy, że w sklepie nie będzie chleba, tak jak tam. Po polsku nie umiałyśmy ani słowa. Wszystko po rusku, musiałyśmy się porozumieć, co my chcemy. W końcu, rano przychodzi kierownik, te wychowawczynie. Mają worki, zabierają nam chleb, wszystko nam biorą i zapisują na kartce. A dzieci płaczą i nie dadzą tego chleba. Ten kierownik mówi do nich: „Dzieci kochane! Tam nie będzie wam brakowało chleba, ten chleb wam wyschnie. Ale wy wiecie? Ile nam dzieci w nocy umarło? – 30 dzieci. Tam rodzice przyjadą, czekają na nich. Objadły się chleba, dostały skręt kiszek z głodu. Trzydzieści dzieci pogrzeb będzie. Pomyślcie sobie, we wagonach umarły. Jesteśmy zmuszone wam wszystko zabrać, do grosika. Nic wam nie damy, będziemy wam sami dawać jeść stopniowo, co raz więcej, co raz więcej, żebyście nie zachorowały”. 30 trumien jak wywieźli, zawieźli nas do Warszawy. Te dzieci wzięły w tych trumnach do Warszawy. Dopiero rodzice brały te dzieci z trumnami. To była tragedia. We Warszawie już było całkiem inaczej. Tam nas wykąpały i ubrały. Mówi, niestety, miesiąc tu będziecie. Po miesiącu w Kwidzyniu przygotowany jest sierociniec, wszyscy jedziecie do sierocińca. Tam będziecie się uczyć, bo musicie się uczyć. Po polsku nie umiały my nic, ani słowa. Ani my nie miały spowiedzi, nie byłyśmy nawet ochrzczone, bo wszystko nam spalili, żadnego dokumentu, nic. Wujek wiedział gdzie my są, że my tu i tu. Przyjechał po nas do Warszawy. Może zrobił źle i niedobrze, bo on miał swoje dzieci, tam gdzie nas przywiózł tam też były dzieci. A ten kierownik mówi tak: „Wie pan co, ja bym radził, żeby pan ich nie brał. One są całkiem gołe, osierocone, one nie mają nikogo prócz pana. A pójdą gdzieś, ktoś im będzie krzywdę robił, a one już przeszły biedę i te wszystkie nieszczęścia. Nie gotujcie im jeszcze inne nieszczęścia”. No, ale wujek mówi: „Jest to po mojej siostrze, po moim bracie. Ja ich wezmę, będę się nimi opiekował. Kierownik: „Ale wie pan co, ale to nie tak, że pan będzie, bo pan będzie się pilnował swoich dzieci, ale na pewno pan ich kiedyś opuści. A tam, pójdą do szkoły, dostaną mieszkanie, bo państwo im da w pierwszej kolejności – bo jako całkowite sieroty. A tak? Kto im pomoże?”. Wujek nas wziął, bo się uparł. Tutaj do Grybowa nas przywiózł. Jak nas przywiózł do tego Grybowa, z początku wszystko było dobrze. Księża zaczęli nas uczyć, tej religii. Trzeba było nas ochrzcić, trzeba było nas bierzmować, bo myśmy nie miały dokumentów, nic. Ja miałam 14 lat, ja byłam chrzczona dopiero. Siedziałyśmy u tego wujka. Potem jego dzieci podrosły, ja miałam 17 lat. Wujek mówi: „Ah, jest taki wdowiec, to może by cię ożenił. Ma dom”. Patrzał się, żeby się usunąć, no niestety. Tak, wyszłam za tego starszego mężczyznę, on miał dziecko w dodatku. I dalej było tak jakbym poszła z deszczu pod rynnę. A siostra miała znowu inne życie. Chciała się ona na pielęgniarkę wyuczyć, ale znowu nie było pieniędzy. Ale była dobra pani, co myśmy tu chodzili do tej polskiej na Siołkowej. I taka pani Daweria mówi: „ Ja mam w klinice znajomość, to ja załatwię w klinice, że będziesz pracować i uczyć się na pielęgniarkę. Może byś sobie dała rady.” Bo jak nie było grosza no to ona jej pomogła. Siostra się wyuczyła na tę pielęgniarkę, tam chłopaka poznała i w Sączu po dziś dzień mieszka. A ja tutaj tak zostałam. I takie było moje życie.
Legitymacja, Odznaczenie Krzyżem Zesłańców Sybiru Pani Władysławy Lichoń
Krzyż Zesłańców Sybiru

Artykuł przygotowali: Marta Radzik oraz zespół Siołkowa.pl: Piotr Matusik, Krzysztof Bochenek, Jakub Radzik. Dziękujemy wszystkim ludziom dobrej woli za pomoc. Pro publico bono.